poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Wnuczka czepkarki

 Jednym z najcenniejszych, bardziej zwartych i spójnych zbiorów stanowiących podstawę kolekcji etnograficznej w Muzeum Okręgowym Ziemi Kaliskiej są czepce – białe, tiulowe, misternie haftowane i układane. Wszystkie przechowywane w pudłach, otulone białą bibułą, większość ukrochmalonych na sztywno. Z bandami zawiązanymi w dumne kokardy (które niekiedy trzeba było podpinać dyskretnie szpilkami, by się ładnie prezentowały) lub puszczonymi luźno, bardzo szerokimi i sięgającymi niekiedy do kolan (takie zamawiano sobie do trumny, wtedy bandy się ładnie prezentowały). Czepce to najbardziej charakterystyczny element grupy strojów kaliskich, to też jeden z najbardziej charakterystycznych wyróżników dziedzictwa kulturowego południowo-wschodniej Wielkopolski.

Czepce ze zbiorów muzealnych, fot. I. Wieczorek

Nie byłoby czepców bez czepkarek. Rękodzielniczek potrafiących czepiec wykroić, wyhaftować, złożyć, uszyć, usztywnić. Jedną z nich była Aleksandra Czelusta urodzona w 1897 roku w Żychowie, a całe życie związana z niezwykłą (i wzorcową) podkaliską wsią Lisków. Będąc gospodynią domową, prowadząc gospodarstwo i wychowując dzieci znajdowała czas na to co jej sprawiało i dużą przyjemność – haftowanie na tiulu oraz układanie czepców. Żadna z córek tego po matce nie przejęła, ale wnuczka – Jadwiga – kontynuuje pasję swojej babci. Przygotowała czepce dla zespołów z Opatówka, Liskowa, Cekowa, Malanowa, Będziechowa i Piwonic. O pamięć o Aleksandrze Czeluście dba tez jej prawnuczka – Monika.
Spotkanie w kaliskim Muzeum było też spotkaniem wnuczki Jadwigi z twórczością babci Aleksandry…
 Aleksandra Czelusta, fot. ze zbiorów rodzinnych

Jadwiga (wnuczka) i czepiec wykonany przez Aleksandrę Czelustę, fot. A. W. Brzezińska

piątek, 7 kwietnia 2017

W sprawie sukni. Ślubnej.

Że w przepastnych magazynach muzealnych kryją się prawdziwe cudeńka, to nie dziwi nikogo. Tak jak nie dziwi to, że praca nad przygotowywaniem wystawy jest długa i żmudna, a bywa i ona pracą detektywistyczną. Tak było i w tym przypadku, kiedy w jednym z pudeł w magazynie Muzeum Okręgowego Ziemi Kaliskiej pokazało się bardzo dużo białego, lekko połyskliwego materiału, wytłaczanego w drobny wzór kwiatowy. Materiał niedbale złożony, bardzo pognieciony, dopiero po jego delikatnym rozwinięciu okazał się być… suknią.
Ślubną w dodatku.
 
Suknia ślubna ze zbiorów MOZK, fot. A. W. Brzezińska

W księdze inwentarzowej widniał zapis, że została ona kupiona od autorki. Opis typowy, muzealny, formalny: „Suknia ślubna, biała z jedwabiu w wytłoczony wzór (listki), wykończona falbankami, długi rękaw, w talii marszczona, przewiązana szarfą, rekonstrukcja (wykonano w 1978 r. odwołując się do wzorów z okresu międzywojennego)”. Suknię uszyła J. Głuszczyńska ze wsi Jarantów – i jak w księdze czytamy – „wiejska krawcowa, wykonała z własnego materiału, wg zapamiętanego wzoru”.
Koniec.
Biała suknia w pudle i tyle.
I co dalej?
Suknia ślubna to szerokie pole dla etnograficznej i muzealnej opowieści, bo można opowiedzieć i o rzemiośle, i o obrzędowości rodzinnej, i o pamięci pokoleniowej. Ale najpierw trzeba opowiedzieć o człowieku.
O krawcowej.
J. Głuszczyńskiej z Jarantowa.
Po trochę trwających poszukiwaniach telefonicznych* udało się namierzyć syna, który przekazał z kolei namiary na swoje siostry, czyli córki krawcowej. I tak w jednym z kaliskich bloków, z wiosną za oknem i kawą w filiżankach potoczyła się opowieść o Janinie Głuszczyńskiej (z domu Dzbanuszek), która całe swoje życie była związana z Jarantowem. Jedynie do szkoły, do kaliskich Nazaretanek wyjechała na jakiś czas i to tam nauczyła się szyć i haftować. Szyła swoim dzieciom, w wolnym czasie i bardzo to lubiła.
Jej córki z wielkim wzruszeniem wspominały Mamę, niedowierzając, że gdyby nie suknia ślubna w jednym z pudeł w magazynie muzealnym to nie byłoby tej chwili – chwili dla Mamy, o Mamie i dzięki Mamie.
I pomimo łez wzruszenia było to radosne spotkanie.


Zdjęcia ze zbiorów rodzinnych, fot. A. W. Brzezińska

*Podziękowania wielkie dla Ilony Wieczorek z MOZK za prawdziwie detektywistyczną pracę, dzięki której udało się odnaleźć rodzinę J. Głuszczyńskiej!






poniedziałek, 11 lipca 2016

Biesiada Folkloru Ziemi Kaliskiej w Brzezinach 9-10.07.2016

Dwudniowe święto, afirmacja lokalności i wielkopolskości, odprasowane stroje, nakrochmalone czepce, muzyka i tańce, najprawdziwsi z prawdziwych.
Organizatorem wydarzenia było Centrum Kultury i Sztuki w Kaliszu, a na scenie... było ich mnóstwo! I wszyscy wygrani (a tutaj lista nagrodzonych).
Więcej zdjęć TUTAJ

 Zespół Śpiewaczy WIANKI z Dąbrowy, pow. jarociński, III nagroda w kategorii zespołów śpiewaczych

Leon Lewandowski z Brzezin, pow. kaliski (skrzypce), I nagroda w kategorii "soliści instrumentaliści", 
fot. A. W. Brzezińska

 Kapela GOŁOBORZE, II nagroda w kategorii kapele, fot. A. W. Brzezińska

Regionalny Zespół Pieśni i Tańca TURSKO z Turska, pow. pleszewski, I nagroda w kategorii zespołów tanecznych i folklorystycznych, fot. A. W. Brzezińska

czwartek, 30 czerwca 2016

Wielkopolskie twórczynie w Kazimierzy Dolnym nad Wisłą

W ostatni weekend czerwca w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą odbył się jubileuszowy 50. Ogólnopolski Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych. I jak co roku towarzyszyły mu Targi Sztuki Ludowej, które organizowało Stowarzyszenie Twórców Ludowych.

Wielkopolski Oddział STL reprezentowały trzy twórczynie:
  • prezeska Oddziału - Eugenia Wieczorek - koronka frywolitkowa
  • Jolanta Majorowicz - ozdoby z papieru
  • Marianna Filipiak - ozdoby ze słomki 
 Eugenia Wieczorek na swoim stoisku, fot. A. W. Brzezińska

 Marianna Filipiak i Jolanta Majorowicz z ozdobami swojego autorstwa, fot. A. W. Brzezińska

Laleczki w strojach ludowych wykonane przez Jolantę Majorowicz, fot. A. W. Brzezińska

piątek, 4 września 2015

Katalog wielkopolskich twórców ludowych

W tym roku ukazał się pierwszy w historii Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Twórców Ludowych katalog, w którym poznać można wszystkich twórców należących do tego oddziału. Katalog jest pod redakcją Marty Romanow-Kujawy (opiekunki WO STL) oraz Anny Weroniki Brzezińskiej (członkini Rady Programowej WO STL). Projekt graficzny i skład jest autorstwa bydgoskiej graficzki Katarzyny Tużylak.

cyfrowearchiwum.amu.edu.pl/archive/8443

środa, 25 lutego 2015

Podsumowanie


Czas na podsumowanie programu stypednialnego i na upublicznienie jego efektów:
- 9 wywiadów w formie nagrań audio i transkrypcji
- 9 opracowanych biogramów, które czekają na publikację katalogu
- 9 wypełnionych kart twórców
- 3 scenariusze zajęć edukacyjnych
- 10 cytatów z "klasyków"
- 5 tekstów popularnonaukowych
- 1 blog
- 2 podcasty
- 1 fanpage
- setki zdjęć

...a tak naprawdę 9 niezwykłych spotkań z fantastycznymi osobami i ich rodzinami

oraz trochę prezentów ;-)

od Pani Marianny - jajka od jej szczęśliwych kurek

Od Pani Anieli (córki Pani Reginy) - pachnący chleb

Tomiki wierszy od Pana Józefa

Zabawki choinkowe od Pani Jolanty

Filiżanka  z motywem haftu od Pani Anny (córki Pani Reginy)

Opałkę od Pana Janusza

Dumna rybitwa od Pana Ludwika

I jeszcze tomik wierszy od Pani Józefy i wycinki artykułów prasowych od Pani Danuty



wtorek, 23 grudnia 2014

Choinka

W tym roku na mojej choince znalazły się zabawki, które dostałam od p. Jolanty, która w STLu znalazła się dzięki wytwarzanym przez siebie papierowym ozdobom. Ozdoby z tradycją - rodzinną:


...zaczęło się od dziecka, to widać na fotografii. Stoimy z siostrą pod choinką, którą ubierali rodzice, z tym, że myśmy się tam niedawno wprowadzili, dlatego na tej choince jest dosyć mało tych zabawek. To był pierwszy rok i była dosyć spora ta choinka. Potem, co roku było coraz więcej zabawek. Rodzice siadali po Wszystkich Świętych, się wieczorkami siadało i się robiło coś, jakieś zabawki, koszyczki. Łańcuchy tata wycinał, aniołki mama robiła, takie koszyczki różne. Część tych koszyczków to mnie ciocia nauczyła, babci siostra, to jak większa byłam. 

sobota, 20 grudnia 2014

Listy

Właściwie taki plan był od początku tego projektu - by nie pojechać tylko z kwestionariuszem, tabelkami i długopisem. Ale by były to spotkania na dłużej. To, że wywiady już zebrane, stranskrybowane, dane uzupełnione, dokumentacja w trakcie wytwarzania nie oznacza braku kontaktu z moimi rozmówcami. Pamiętając o historii ze Starej Krobi (kiedy zdjęcia wróciły do bohaterów po 40 latach), zebrałam się w końcu, przesortowałam setki fotek, wybrałam te najfajniejsze, wywołałam i... spędziłam miły wieczór na adresowaniu kopert, wypisywaniu kartek świąteczno - pozdrawiających. 

W kolorowych kopertach - do p. Józefy list wysalam w kopercie niebieskiej (jak jej letni kostium, w którym mnie przyjęła), do p. Jolanty w kopercie czerwonej jak sukienka laleczki, którą od niej dostałam, do pani Janiny i pana Józefa w żółtej - bo wtedy dzień był słoneczny. 
Niełatwo było ręce nawykłej do szybkiego stukania w klawiaturę napisać tyle kartek (i to wyraźnie!), ale jak miło się zastanowić, przypomnieć te spotkania.

Ale jak miło było otrzymać telefon i kartkę z podziękowaniem za zdjecia, i że to taka miła pamiątka naszego spotkania i jak pani będzie w okolicy to proszę wpadać na herbatę.

Wpadnę.

Na takie herbaty ja znajdę czas, muszę go znaleźć.

Pierwsze postanowienie noworoczne ;-)

sobota, 6 grudnia 2014

Zdjęcia


Z każdego spotkania - tyle zdjęć, za każdym z nich - takie historie!
40 zdjęć zostało załadowanych do Cyfrowego Archiwum im. Józefa Burszty, co od początku było planem - pojechać w teren (czyli na spotkanie), zrobić wywiad (porozmawiać), udokumentować wytwory (pozachwycać się każdym wyżłobieniem dłuta, każdą pętelką, każdym rymem...), zarchiwizować (dokonać niemożliwego, czyli wyboru 40 zdjęć z kilkuset...), udostępnić (napisać m.in. tę notkę).
Zdjęcia to powroty - do sierpniowych, wielkopolskich krajobrazów; do początkowej nieufności wobec mnie i przełamywania lodów; do wspólnego picia herbaty i milczenia; do uścisków, życzenia dobrej drogi i zapewnień, że "do zobaczenia".
Dużo więcej fotek wyląduje w poniedziałek w zakładzie foto - wywołane, zapakowane w kolorowe koperty, ze znaczkiem i pieczątką rozwiezione zostaną po wielkopolskich i lubuskich miastach, miasteczkach i wsiach.
Zdjęcia powrotne, niewidzialna nić, nieskalana pocztą elektroniczną, lajkiem i przypomnieniem ustawionym w telefonie. Tak jak kiedyś - zaadresowane ręką zaopatrzoną w długopis, z kartką z poznańskim rynkiem. Z poświęceniem czasu na to i zanurzeniem się w chwili powrotnej.
Byle do sierpnia...

wtorek, 7 października 2014

Pani Danuta* i jej muzeum

Pani Danuta marzy o tym, aby ktoś o niej napisał. Książkę.
W założonym przez siebie w Garkach (niedaleko Odolanowa) Muzeum znajdują się jej rzeźby, hafty, drewniane talerze z utrwalonymi na nich najważniejszymi zabytkami z polskich miast. Bo to wszystko to jest dziedzictwo polskiej kultury narodowej. Cała swoją artystyczną działalność ma skrupulatnie opisaną w kilku kronikach, które prowadzi.

W jej rodzinie wiele osób było uzdolnionych artystycznie. Ona sama lepiła z gliny (czasem sprowadzanej aż spod Opoczna, a wypalana w Krotoszynie), rzeźbiła, nadal haftuje (jedna snutka na miesiąc), grała też na akordeonie, malowała bluzki i chustki. Wszystko.
W Garkach bywa od kwietnia do sierpnia, teraz w Poznaniu. Wraz z nią przyjechała waliza pełna wzorów serwetek-snutek, w większości samodzielnie wymyślonych. Prowadzi zajęcia dla dzieci (chłopcy też haftują), każdy z uczestników dostaje wzornik, próbnik, powoli poznaje charakterystyczne wzornictwo haftu wielkopolskiego. Potem są wystawy, wspólne zdjęcia, artykuły w lokalnej prasie.Przez wiele lat organizowała też festiwale sztuki, na które zjeżdżały okoliczne zespoły (z Goliniakami jest w serdecznej przyjaźni), hafciarki (s Jarocina i Goliny), a wszystko po to, aby jak najwiecej ludzi wiedziało naszej, polskiej sztuce.
Całe życie ciężko pracowała, zawsze coś robiła, 6 dzieci wykształciła (jeden syn to wykształcony za te bluzki malowane, co to je szyła, malowała, sprzedawała...). Kiedyś na każdy wyrób trzeba było mieć certyfikat (z Cepelii), określony wzór, technika, wszystko zatwierdzone. Pani Danucie zależało też mocno, aby do STLu przynależeć, a teraz jest renta, więc się opłaciło.

P.S. Trzymajcie kciuki - w grudniu będzie wiadomo czy p. Danuta dostała stypendium twórcze z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. To by był trzeci raz jak je dostaje - było za Ujazdowskiego, za Zdrojewskiego, to i teraz... Zobaczymy w grudniu. Zdzwonimy się wtedy.










* Pani Danuta zgodziła się na upublicznienie wizerunku

piątek, 3 października 2014

Pan Ludwik* i jego pracownia

 
Dom przy spokojnej, zielonogórskiej ulicy. Jego mieszkańcy spod Nowego Sącza pochodzą. Tak się w życiu ułożyło, że trzeba było uciekać przed prześladowaniami politycznymi. A rzeźbienie, które zaczęło się już w gimnazjum na lekcjach z robót ręcznych, z czasem okazało się dobrym wyciszeniem. Można było zapomnieć o strasznych chwilach w stalinowskim więzieniu.
Pan Ludwik spokojnie i rzeczowo opowiada o żonie, córce mieszkającej w Berlinie, wnuczce takiej zdolnej matematycznie, wnuku, który zamówił sobie u dziadka szopkę świąteczną.
Pracował w Lasach Państwowych, udzielał się w stowarzyszeniach, na plenery jeździł. Poznał też Profesora Reinfussa, który mu pomógł dostać się do STLu (choć to były jeszcze czasy, kiedy bardzo pilnowali, aby nie przyjmować ludzi z wykształceniem).

Współpracował z ośrodkiem leśnym w Gołuchowie i stąd w jego pracowni królują ptaki. Konkretne - rybitwa, dzięciol, głuszec, czaple...
Ale i rzeźby figuralne, które (w przeciwieństwie do ptaków) nie są polichromowane. I co fajne - kazda z numerkiem, bo p. Ludwik planuje zrobienie spisu swoich prac.
Nie sprzedaje ich. Jak już to daje tym osobom, o których wie, że docenia jego pracę.
Pracownia to jego azyl.
Z wszędobylska ptaszarnia łypiącą zewsząd ciekawskim okiem.










* Pan Ludwik zgodził się na publikację wizerunku

p. Regina* z Bukowiny

 Nie było łatwo dotrzeć do p. Reginy. Jak się umówić na spotkanie bez telefonu, kiedy rozmówczyni mieszka za Zieloną Górą. Jechać w ciemno? Nie - wystarczy kontakt przez skansen w Ochli i przez znajomych z PTLu. Zostałam uprzedzona, że przez telefon lepiej się umawiać z córką - Anielą.
Wywiad umówiony, nie ma problemu, czekamy.
Jadę.
Autostradą w całkowitej mgle, jakbym się nie poruszała w ogóle. Potem labirynt dróg wojewódzkich, krajowych i gminnych, wśród lasów wioski i wioseczki, częściowo droga wyłożona brukiem. To ziemie zachodnie, stad wyszli jedni i dotąd doszli osadnicy.
Rodzina p. Reginy to wszyscy Bukowińczycy, w kilku wsiach sąsiednich ich osiedlili, stąd tyle nazwisk takich samych.
I to co dla bukowińskiej kobiety tak oczywiste - koraliki, zwane "dżordanami".  Maleńkie, wzory z głowy, wiązane w dżordany, albo naszywane na koszule (taką samą koszulę pokazywała mi p. Bożena spod Jastrowia).
Ale najlepszy był plan wizyty - najpierw dżordany rozłożone na stole, potem kawa i ciasteczko, następnie szybka przebiórka (z pomoca troskliwej córki) do sesji zdjęciowej, a potem szybkie przebiegnięcie po wszystkich po twarzach na zdjęciach. I na koniec piosenki. Pakiet dla etnografa.
A potem normalna rozmowa :-) I serdeczne opowieści o zaprzyjaźnionym małżeństwie etnografów z Ochli.
Sesja nie przed domem tylko w ogródku, na tle kwiatów, a potem pod jabłonką (w ręce marcinki i turki). Spojrzenie mocne, sylwetka zdecydowana. W końcu matka dziewięciorga dzieci, co to nigdy usiąść i odpocząć nie miała czasu. A trzeba było. Trzeba czasem usiąść i odpocząć.

*   *   *   *   *

P.S. W moim samochodzie obłędnie pachnie chlebem, upieczonym dla mnie przez córkę p. Reginy - Anielę. Ogromny, pszenny, z chrupka skórką. Chleb. Najlepszy prezent jaki można dostać. O prezentach jeszcze będzie.


















* Panie Regina zgodziła się na publikację wizerunku


środa, 1 października 2014

Marianna* i kozy

 
Po godzinie 11, pod kościołem w Trąbczynie czekał p. Józef - przewodnik. Bo najpierw jest droga asfaltowa, potem szutrowa, piaskowa przez las, wreszcie polna przez lasek, prowadząca do niewielkiego domku zbudowanego na starych fundamentach. W środku ciepło i miło, w wielkim dzbanku kłosy zboża,na ścianach koronki, na stole haftowany obrus. Stół nakryty i gotowy do obiadu. I tak zanim wybiło południe to my już po rosole, ziemniakach, buraczkach, kotletach, tartej marchewce, dyni w occie, oliwkach. I po pierwszych rozmowach - gadkach-szmatkach.
Że to domek letni, że zwierząt sporo (bo p. Marianna to zawsze za zwierzętami była), że kiedyś jedną gęś ukradli, a 2 świniaki wykarmione na kwaśnym mleku. No i że teraz kurki, 2 pasy (matka i córka), 2 kozy (też matka i córka) podróżują pomiędzy Koninem a Trąbczynem w przyczepce, Na lato - na wieś, na zimę do miasta.
Ale o twórczosci miało być.
No to p. Marianna od zawsze coś robiła, bo i w domu mama i wszystkie ciotki i babcia zawsze z jakąś robótką. W mądrych książkach wyczytała, że tradycyjne hafty wielkopolskie to białe były. Ale właściwie... bo w domu to i kolorowe się robiło (jak na tym obrusie po babci).
Pomimo pracy zawodowej (nauczycielka) i wielu obowiązków, to zawsze z robótką w ręku. I teraz też - szybko porobić to co trzeba w domu, a potem szybko na kanapę, koło pieca i haftować, haftować, haftować! Teraz w robocie obrus - białe na szarym, wszystkie motywy haftu białego, i kujawski, i rzeszowski, no i snutki wielkopolskie! Bo z ta Syberia to osobna jest historia - jak była mała to przeczytała książkę "Anaruk. Chłopiec z Grenlandii" i marzyła, aby tam pojechać. I pojechała. 4 razy, sama, za każdym razem na cały rok szkolny, bo pracowała w miejscowej szkole jako nauczycielka. Fajnie było, czy -50 czy -25 stopni na dworze, to fajnie!


A potem sesja zdjęciowa w samodzielnie uszytym stroju, wśród kwiatów i koniecznie z kozami (matka i córka). Ale kozy ani myślały pozować, nawet gałązki wierzby nie pomogły. Bo koza (córka) skakała i skakała.
W międzyczasie pies (córka) poszła za sąsiadką i p. Józef wsiadł w samochód, żeby po psa jechać.
No i tak. Fajnie jest.
* Pani Marianna wyraziła zgodę na upublicznienie wizerunku

środa, 24 września 2014

Nowi!

A w Lublinie odbyło się spotkanie, z cyklu Bardzo Ważnych Spotkań, bo Rada Programowa (ze specjalistów się składająca) oceniała nadesłane prace, czytała opinie, zapoznawała się z życiorysami tych, którzy chcą wstąpić w szeregi Stowarzyszenia Twórców Ludowych.
I tak do wielkopolskiego oddziału przyjęto trzy nowe osoby w dziedzinach rzeźba, zdobnictwo i plecionkarstwo. Cieszy zwłaszcza to ostatnie, bo niby Wielkopolska wiklina i plecionkarstwem stoi (stała raczej...), a Pan Janusz jest jedynym plecionkarzem w wielkopolskim STLu. Bardzo się ucieszył z wiadomości o przyjęciu, i planuje przygotowanie w swojej wsi malej ekspozycji poświęconej plecionkarstwu...

Jak ktoś chce piękny koszyk to tylko z Doborowa!

czwartek, 21 sierpnia 2014

Pani Józefa z ulicy Srebrnej - pisarka

 Nie było łatwo dotrzeć do p. Józefy. Miałam tylko adres, zatem pozostało dzwonienie do Gorzowa i dowiadywanie się wszędzie. Skoro jest pisarką, to muszą coś o niej wiedzieć w bibliotece gorzowskiej. I tak - trafiłam na bardzo pomocne panie, które (pomimo sezonu urlopowego) zaangażowały się w zdobycie dla mnie numeru telefonu. W końcu zadzwonił do mnie jej wnuk, któremu wytłumaczyłam po co spotkanie, rozmowa i całe to zamieszanie. A po jakimś czasie odezwał się do mnie mejlowo, że babcia czeka na telefon. Umówiłyśmy się.
Ulica Srebrna - niby w mieście, ale poza nim, wokół ogródki działkowe, nowe budownictwo jednorodzinne, a w tym wszystkim żółty domek na sporej działce (kiedyś była duuużo większa jak tu gospodarstwo było), pełno krzewów i drzewek ozdobnych, rabatki z kwiatami, u drzwi wejściowych powiewa biało-czerwona flaga.
Pukam do drzwi. Cisza. Są uchylone to wchodzę - pierwszy pokój, drugi pokój, idę powoli i krzyczę co jakiś czas "halo! dzień dobry!, aby nie przestraszyć gospodyni. I jest. Krucha, ubrana tak... sportowo i modnie, z bursztynowymi koralami na szyi. Pani Józefa bardzo pasuje do nazwy ulicy, przy której  mieszka.








Czekały już na mnie książki wydane przez p. Józefę - cały stosik, który zabrałam ze sobą. Rozmowa trochę o rodzinie, ale najpierw opowieść o ogrodzie, o roślinach, o jeżynach, które są dumą p. Józefy. I poszłyśmy do ogródka, podziwiając wszystkie okazy - hortensje, kalinę, dziki bez, cynie, choinkę srebrną, cała obsypaną szyszkami. Po dawnym, sporym gospodarstwie została stodoła - jak mąż konia sprzedał, to chodził czasem do tej stodoły, siadał, trzymał uprząż konia i płakał za nim. Ale roboty było sporo, 3 dziewczynki do wychowania, a i tak ciągnęło p. Józefę do pisania - zawsze przy sobie miała jakaś kartkę i ołówek.
A potem była wspólna herbatka, placek i jeżyny z własnej uprawy - i opowieść o tym, jak jechali z rodzinnej wsi położonej na terenach dzisiejszej Białorusi aż tutaj, w gorzowskie...





środa, 20 sierpnia 2014

Pani Jolanta i tańczące laleczki*

Instrukcja podróży była bardzo precyzyjna - na Kalisz,na rondzie pierwszy zjazd, przed krzyżem w lewo i przed drewnianą kaplicą w lewo, brama taka cofnięta względem drogi. Wjeżdżam zatem w bramę i w prawdziwy gąszcz, droga wąska, krzaki gęste, na końcu zielonego tunelu - dom (po dziadkach). Teraz taki trochę letni dla całej rodziny, po podwórku uwija się trójka wnuków i nieco umęczony dziadek. Siadamy przy dużym stole, na którym czekają już papierowe cudeńka.
Z panią Jolanta znamy się już z zebrania Wielkopolskiego Oddziału STL i z jarmarku kazimierskiego. Sytuacja jest jasna - spotkanie, wywiad, dokumentacja.
Kluczowym w toczącej się opowieści jest zdjęcie z dzieciństwa, na którym jest mała Jola z siostrą, stojące pod wielką choinką przybraną papierowymi zabawkami. Anioł wiszący w centralnym punkcie choinki został zrobiony przez mamę.





Kolorowy papier, krepina i bibułka, nożyczki, klej i zręczne ręce. Wszystkie choinki w tej rodzinie zawsze były ubierane w takie zabawki - teraz robi je cała rodzina - p. Jolanta z mężem, ich dzieci i teraz już wnuki. Wszystko pieczołowicie przechowywane w pudełkach czeka na właściwy czas. A teraz jak najmłodszy wnuczek Gucio pójdzie do przedszkola, wreszcie będzie można zrobić sobie pracownię z prawdziwego zdarzenia i robić, robić, robić...
W tle odgłos przygotowywanego obiadu (który zjemy wspólnie całą gromadą przez rodzinnym stole), co jakiś czas zagląda ciekawskie wnuczę (cicho, cicho, bo tu dyktafon jest!), mąż wspomina jak to był w Poznaniu w wojsku. A do STLu warto było wstąpić, bo się dużo jeździ i poznaje coraz to nowych ludzi. Jedna z papierowych laleczek-tancereczek ma twarz siostrzenicy (a tak jakoś wyszło). Aż nam się wszystkim zachciało już choinkę ubierać :-)














A wracając znaną już droga przez Pyzdry nie mogłam się nie zatrzymać w jednym z wielu sadów, gdzie pod błękitnym niebem taaaakie brzoskwinie, jabłka i śliwki czekają na podróżnych. Dzisiaj musiałam upiec ciasto.






*Pani Jolanta zgodziła się na upublicznienie swojego wizerunku