piątek, 4 września 2015

Katalog wielkopolskich twórców ludowych

W tym roku ukazał się pierwszy w historii Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Twórców Ludowych katalog, w którym poznać można wszystkich twórców należących do tego oddziału. Katalog jest pod redakcją Marty Romanow-Kujawy (opiekunki WO STL) oraz Anny Weroniki Brzezińskiej (członkini Rady Programowej WO STL). Projekt graficzny i skład jest autorstwa bydgoskiej graficzki Katarzyny Tużylak.

cyfrowearchiwum.amu.edu.pl/archive/8443

środa, 25 lutego 2015

Podsumowanie


Czas na podsumowanie programu stypednialnego i na upublicznienie jego efektów:
- 9 wywiadów w formie nagrań audio i transkrypcji
- 9 opracowanych biogramów, które czekają na publikację katalogu
- 9 wypełnionych kart twórców
- 3 scenariusze zajęć edukacyjnych
- 10 cytatów z "klasyków"
- 5 tekstów popularnonaukowych
- 1 blog
- 2 podcasty
- 1 fanpage
- setki zdjęć

...a tak naprawdę 9 niezwykłych spotkań z fantastycznymi osobami i ich rodzinami

oraz trochę prezentów ;-)

od Pani Marianny - jajka od jej szczęśliwych kurek

Od Pani Anieli (córki Pani Reginy) - pachnący chleb

Tomiki wierszy od Pana Józefa

Zabawki choinkowe od Pani Jolanty

Filiżanka  z motywem haftu od Pani Anny (córki Pani Reginy)

Opałkę od Pana Janusza

Dumna rybitwa od Pana Ludwika

I jeszcze tomik wierszy od Pani Józefy i wycinki artykułów prasowych od Pani Danuty



wtorek, 23 grudnia 2014

Choinka

W tym roku na mojej choince znalazły się zabawki, które dostałam od p. Jolanty, która w STLu znalazła się dzięki wytwarzanym przez siebie papierowym ozdobom. Ozdoby z tradycją - rodzinną:


...zaczęło się od dziecka, to widać na fotografii. Stoimy z siostrą pod choinką, którą ubierali rodzice, z tym, że myśmy się tam niedawno wprowadzili, dlatego na tej choince jest dosyć mało tych zabawek. To był pierwszy rok i była dosyć spora ta choinka. Potem, co roku było coraz więcej zabawek. Rodzice siadali po Wszystkich Świętych, się wieczorkami siadało i się robiło coś, jakieś zabawki, koszyczki. Łańcuchy tata wycinał, aniołki mama robiła, takie koszyczki różne. Część tych koszyczków to mnie ciocia nauczyła, babci siostra, to jak większa byłam. 

sobota, 20 grudnia 2014

Listy

Właściwie taki plan był od początku tego projektu - by nie pojechać tylko z kwestionariuszem, tabelkami i długopisem. Ale by były to spotkania na dłużej. To, że wywiady już zebrane, stranskrybowane, dane uzupełnione, dokumentacja w trakcie wytwarzania nie oznacza braku kontaktu z moimi rozmówcami. Pamiętając o historii ze Starej Krobi (kiedy zdjęcia wróciły do bohaterów po 40 latach), zebrałam się w końcu, przesortowałam setki fotek, wybrałam te najfajniejsze, wywołałam i... spędziłam miły wieczór na adresowaniu kopert, wypisywaniu kartek świąteczno - pozdrawiających. 

W kolorowych kopertach - do p. Józefy list wysalam w kopercie niebieskiej (jak jej letni kostium, w którym mnie przyjęła), do p. Jolanty w kopercie czerwonej jak sukienka laleczki, którą od niej dostałam, do pani Janiny i pana Józefa w żółtej - bo wtedy dzień był słoneczny. 
Niełatwo było ręce nawykłej do szybkiego stukania w klawiaturę napisać tyle kartek (i to wyraźnie!), ale jak miło się zastanowić, przypomnieć te spotkania.

Ale jak miło było otrzymać telefon i kartkę z podziękowaniem za zdjecia, i że to taka miła pamiątka naszego spotkania i jak pani będzie w okolicy to proszę wpadać na herbatę.

Wpadnę.

Na takie herbaty ja znajdę czas, muszę go znaleźć.

Pierwsze postanowienie noworoczne ;-)

sobota, 6 grudnia 2014

Zdjęcia


Z każdego spotkania - tyle zdjęć, za każdym z nich - takie historie!
40 zdjęć zostało załadowanych do Cyfrowego Archiwum im. Józefa Burszty, co od początku było planem - pojechać w teren (czyli na spotkanie), zrobić wywiad (porozmawiać), udokumentować wytwory (pozachwycać się każdym wyżłobieniem dłuta, każdą pętelką, każdym rymem...), zarchiwizować (dokonać niemożliwego, czyli wyboru 40 zdjęć z kilkuset...), udostępnić (napisać m.in. tę notkę).
Zdjęcia to powroty - do sierpniowych, wielkopolskich krajobrazów; do początkowej nieufności wobec mnie i przełamywania lodów; do wspólnego picia herbaty i milczenia; do uścisków, życzenia dobrej drogi i zapewnień, że "do zobaczenia".
Dużo więcej fotek wyląduje w poniedziałek w zakładzie foto - wywołane, zapakowane w kolorowe koperty, ze znaczkiem i pieczątką rozwiezione zostaną po wielkopolskich i lubuskich miastach, miasteczkach i wsiach.
Zdjęcia powrotne, niewidzialna nić, nieskalana pocztą elektroniczną, lajkiem i przypomnieniem ustawionym w telefonie. Tak jak kiedyś - zaadresowane ręką zaopatrzoną w długopis, z kartką z poznańskim rynkiem. Z poświęceniem czasu na to i zanurzeniem się w chwili powrotnej.
Byle do sierpnia...

wtorek, 7 października 2014

Pani Danuta* i jej muzeum

Pani Danuta marzy o tym, aby ktoś o niej napisał. Książkę.
W założonym przez siebie w Garkach (niedaleko Odolanowa) Muzeum znajdują się jej rzeźby, hafty, drewniane talerze z utrwalonymi na nich najważniejszymi zabytkami z polskich miast. Bo to wszystko to jest dziedzictwo polskiej kultury narodowej. Cała swoją artystyczną działalność ma skrupulatnie opisaną w kilku kronikach, które prowadzi.

W jej rodzinie wiele osób było uzdolnionych artystycznie. Ona sama lepiła z gliny (czasem sprowadzanej aż spod Opoczna, a wypalana w Krotoszynie), rzeźbiła, nadal haftuje (jedna snutka na miesiąc), grała też na akordeonie, malowała bluzki i chustki. Wszystko.
W Garkach bywa od kwietnia do sierpnia, teraz w Poznaniu. Wraz z nią przyjechała waliza pełna wzorów serwetek-snutek, w większości samodzielnie wymyślonych. Prowadzi zajęcia dla dzieci (chłopcy też haftują), każdy z uczestników dostaje wzornik, próbnik, powoli poznaje charakterystyczne wzornictwo haftu wielkopolskiego. Potem są wystawy, wspólne zdjęcia, artykuły w lokalnej prasie.Przez wiele lat organizowała też festiwale sztuki, na które zjeżdżały okoliczne zespoły (z Goliniakami jest w serdecznej przyjaźni), hafciarki (s Jarocina i Goliny), a wszystko po to, aby jak najwiecej ludzi wiedziało naszej, polskiej sztuce.
Całe życie ciężko pracowała, zawsze coś robiła, 6 dzieci wykształciła (jeden syn to wykształcony za te bluzki malowane, co to je szyła, malowała, sprzedawała...). Kiedyś na każdy wyrób trzeba było mieć certyfikat (z Cepelii), określony wzór, technika, wszystko zatwierdzone. Pani Danucie zależało też mocno, aby do STLu przynależeć, a teraz jest renta, więc się opłaciło.

P.S. Trzymajcie kciuki - w grudniu będzie wiadomo czy p. Danuta dostała stypendium twórcze z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. To by był trzeci raz jak je dostaje - było za Ujazdowskiego, za Zdrojewskiego, to i teraz... Zobaczymy w grudniu. Zdzwonimy się wtedy.










* Pani Danuta zgodziła się na upublicznienie wizerunku

piątek, 3 października 2014

Pan Ludwik* i jego pracownia

 
Dom przy spokojnej, zielonogórskiej ulicy. Jego mieszkańcy spod Nowego Sącza pochodzą. Tak się w życiu ułożyło, że trzeba było uciekać przed prześladowaniami politycznymi. A rzeźbienie, które zaczęło się już w gimnazjum na lekcjach z robót ręcznych, z czasem okazało się dobrym wyciszeniem. Można było zapomnieć o strasznych chwilach w stalinowskim więzieniu.
Pan Ludwik spokojnie i rzeczowo opowiada o żonie, córce mieszkającej w Berlinie, wnuczce takiej zdolnej matematycznie, wnuku, który zamówił sobie u dziadka szopkę świąteczną.
Pracował w Lasach Państwowych, udzielał się w stowarzyszeniach, na plenery jeździł. Poznał też Profesora Reinfussa, który mu pomógł dostać się do STLu (choć to były jeszcze czasy, kiedy bardzo pilnowali, aby nie przyjmować ludzi z wykształceniem).

Współpracował z ośrodkiem leśnym w Gołuchowie i stąd w jego pracowni królują ptaki. Konkretne - rybitwa, dzięciol, głuszec, czaple...
Ale i rzeźby figuralne, które (w przeciwieństwie do ptaków) nie są polichromowane. I co fajne - kazda z numerkiem, bo p. Ludwik planuje zrobienie spisu swoich prac.
Nie sprzedaje ich. Jak już to daje tym osobom, o których wie, że docenia jego pracę.
Pracownia to jego azyl.
Z wszędobylska ptaszarnia łypiącą zewsząd ciekawskim okiem.










* Pan Ludwik zgodził się na publikację wizerunku